Maria Peszek – Maria Awaria [RECENZJA]

Lubię dziwolągów. I ogólnie wszystko, co jest na swój sposób dziwaczne, oryginalne, inne. Może nawet trochę kiczowate? Uwielbiam, jak ktoś łamie schematy, jest odważny, a nawet często wulgarny w tym, co tworzy. W Polsce przedstawicielem tego gatunku artystów jest zdecydowanie Maria Peszek, której debiutancki krążek – Miastomania – zrobił na mnie ogromne wrażenie i którego słuchanie sprawiało mi prawdziwą przyjemność. Duża w tym zasługa tekstów, których Peszek jest mistrzynią. Bawi się słowami, nie stroni od dwuznacznych porównań czy metafor. Pisze również dla innych artystów. Jej muzyka to poetycki obraz jej własnych przemyśleń w bardzo brudnej, bezpośredniej, surowej formie. Dlatego postanowiwszy zabrać się do recenzowania Marii Awarii byłem bardzo ciekawy, co zaproponowała Maria na swoim drugim albumie.

Nie zawiodłem się. Maria Awaria to tragikomiczny obraz społeczeństwa, miłości i relacji z samym sobą. Teksty i muzyka tworzą razem zimny, minimalistyczny klimat z mocną treścią. Z mocnymi tekstami, które nieraz bawią, choć zdawać by się mogło, że nie ma w nich nic zabawnego. Ten album taki jest. Mówi o tragizmie ludzkiego losu w zimnym tonie, ale wszystko to jest oblane satyryczną mgiełką. Bardzo mi się to podoba – zabawa formą. Brak patosu, ale i brak prymitywności. Już w pierwszym utworze – Misiu – można dostrzec ten dualizm. Utwór ten utrzymany jest w spokojnej tonacji, wokal powoli ślizga się po melodii. Maria śpiewa, że jest polarnym niedźwiedziem, każe swojemu ukochanemu zedrzeć z niej futro. Zaraz zaś słyszymy: pod lód ciągnie mnie twój arktyczny wzwód. Pomimo tej nagłej zmiany tonu, całość jest wciąż bardzo poważna, zdystansowana, jakby za szklaną ścianą. Tak samo jest w Kobietach Pistoletach. Kompozycja ta jest prześmiewczą dygresją na temat ślepej pogoni za pięknem, jaka dominuje w dzisiejszych czasach, zwłaszcza wśród kobiet. Peszek mówi: Są kobiety pistolety (…) chude, długie i wysokie z wydepilowanym krokiem. Po czym sama porównuje swoje owłosienie do ogrodu, który hoduje dla własnej wygody. Brzmi to absurdalnie i nieco żenująco, ale muzycznie brzmi świetnie i sprawdza się znakomicie. W Marznę Bez Ciebie piosenkarka egzaltuje swoją samotność, używając oryginalnych rymów i porównań. Jak gejsza bez kimona, Yoko Ono bez Lennona, śpiewa artystka, opisując swoje uczucia wobec egzystencji bez swojego ukochanego. Rosół zaś opisuje życie typowej matki Polki, kury domowej, będącej ozdobą swojego męża, który przychodzi do domu i czeka na domowy obiadek. Biorąc pod uwagę to, jak wielka burza została wywołana chociażby po wydaniu przez Ewelinę Lisowską T-Shirtu, jako że ludzie nie zrozumieli prześmiewczego charakteru utworu, to chyba tym bardziej nie zrozumiano by Rosołu, mimo że minęło dziesięć lat. Ja uwielbiam takie historie. Filety z twojej kobiety, rosół z domowej kury, a na deser chmury – idealne podsumowanie tej piosenki. Kocham Marię za takie teksty.

W Miłości w Dolby Surround jawi nam się niejaki Edek (tak naprawdę partner Marii), który recytuje odę do pięknych mężczyzn, m. in. Zenka, który pomiął sukienkę czy Mietka z pięknym napletkiem. Edek mówi w rodzaju żeńskim, co znowu jest niezłym elementem komicznym całej piosenki. Ona cała jest po prostu dobrą komedią na temat poligamii. Maria śpiewa, że nie lubi żyć w mono, wybiera stereo, a w ogóle najlepiej w dolby surround. Kiedy po raz pierwszy to usłyszałem, to sobie pomyślałem, jak popieprzonym trzeba być, by porównać swoje ciągoty do czegoś takiego i dlatego tak bardzo mi się spodobało. W końcu coś innego, ciekawego i zaskakującego. A propos zaskoczeń, warto wspomnieć o jakże dziwacznym interludium o enigmatycznej nazwie Reks. Jest to niespełna półminutowe nagranie o napalonym psie czyhającym na cnotę pani Peszek, jakkolwiek to dziwnie nie brzmi. Choć nie dziwniej, niż końcówka (nie wiem czy tu można mówić o jakimś początku i końcu), gdy Maria wydziera się głosem zarzynanej kury: Reksio do nogi, przerobię na hot dogi. Tak też można, jak widać i słychać.

Słyszeliście o kujawiaku? Pewnie tak, wiadomo, taki taniec. Za to Maria postanowiła nagrać Hujawiak, który jest już totalną grą słowami. Poliż mnie, I’m Polish – takie coś mogła napisać tylko Maria Peszek. Poza lizaniem swojemu kochankowi proponuje jeszcze, by ją posolił, albo wymiętolił. Pełna dowolność. W przypadku Marii nie idzie się po rozum do głowy, lecz do krowy. Zresztą, jak sama śpiewa w tytułowej Marii Awarii, w głowie jej się przepaliły wszystkie bezpieczniki. Jestem inna niż powinnam, poza normę wystrzelona i wykolejona. To słychać, Mario. I tak trzymaj. Zresztą kto porównuje swojego kochanka do kleju? Takie rzeczy w Superglue. Hej, hej, hej, tyś mój klej. Superglue, I love you. Brzmi śmiesznie i głupio? Gdy Maria to śpiewa, wszystko to nabiera zupełnie innego sensu, jakby miała jakiś tajemny skill wyszukiwania w słowach głębi.

Ciało i Hedonia są dwoma utworami na płycie, które szczerze mówiąc mnie trochę nudzą. Dalej jest oryginalnie, karykaturalnie, ale brakuje mi tu czegoś, jakiejś kropki nad „i”. Jakby ktoś zrobił dobrą zupę, ale zapomniał o jednej przyprawie. Na szczęście to tylko chwilowe zawirowanie, bo zaraz dostajemy Rozpudę na wydanie (wybaczcie, zachciało mi się rymować). Maria twierdzi, że kiedy tamto wstaje, ona się staje nimfomańką. Tak, nimfomańką, moi drodzy. W końcu imię do czegoś zobowiązuje, prawda? To kolejna rzecz, którą uwielbiam w Marii. Wielki dystans do tego brudnego świata, odwagę w śpiewaniu rzeczy nie do końca ładnych czy estetycznych brzmieniowo.  Czysty art brut. Ładne Słowa To to chyba najspokojniejsza, najbardziej wyszeptana kompozycja na Marii Awarii. Porusza swoją sensualnością, delikatnością, ale nie usypia. Ma w sobie element oniryzmu, z innego świata. Stanowi idealne preludium do ostatniego numeru na płycie – Muchomory. Utwór ten traktuje o tym, jak fajnie czasem zrobić zupę z grzybków halucynków, a potem posypać ją trawką. Obiad idealny, prawda? Dla mnie jest to pokaz naprawdę wielkich aktorskich umiejętności Marii Peszek, które co raz objawiają się w jej twórczości w innej formie. Muchomory to idealne zakończenie wydawnictwa, które jest tak kontrowersyjne, ale i ambitne, a co z tym idzie cholernie ryzykowne. Maria ma w dupie, jak coś odbiorą ludzie. Wie, że zaśpiewa to, co będzie chciała, nawet jeśli będą to takie wersy jak: muchomory na humory, grzybki w sosie na muchy w nosie.

Maria Awaria to jest dla mnie przykład, że muzyka to nie tylko dźwięki i wokal. To forma, to teatr, to wszystko to, co się dzieje dookoła. Nie każdy zrozumie ten przekaz. I to jest całkiem w porządku, bo każdy powinien mieć swoją niszę. Ja odbieram muzykę bardzo mocno i intymnie, a ten album dociera głęboko do mojej podświadomości i uwalnia wszystko, co powinno być uwolnione. Śmieję się i zastanawiam. Bawię się, a jednocześnie smucę. Eklektyzm na tym albumie powala na kolana, chociaż klimatycznie zdaje się być bardzo homogeniczny. To jest dla mnie sztuka. Brudna, twarda, nieestetyczna, ale wciąż sztuka.

Podsumowanie

Muzyczne symfonie: Miś, Kobiety Pistolety, Marznę Bez Ciebie, Reks, Maria Awaria, Superglue, Rozpuda, Muchomory

Liryczne poematy: cały album

Muzyczne dysharmonie: brak

Liryczne dramaty: brak

Ogólna ocena albumu: 9,0/10

Reklamy

4 myśli w temacie “Maria Peszek – Maria Awaria [RECENZJA]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s