Marcelina – Wschody/Zachody [RECENZJA]

Pierwszy album Marceliny – o bardzo odkrywczej nazwie Marcelina –  to była dla mnie istna droga krzyżowa. Były podczas niej dwa (w porywach do trzech)  przystanki oddechu i wytchnienia, ale poza tym to całość wykończyła mnie bezlitośnie. Czułem się jak po ciężkiej orce fizycznej w upalny, lipcowy dzień. A przecież to była tylko muzyka. Niestety, jak widać, dźwięki potrafią tak samo wypruć z sił, jak i napawać szczęściem czy energią. Drugi album – Wschody/Zachody – przyciągnął mnie z jednego powodu, a mianowicie piosenki Karmelove nagranej razem z Piotrem Roguckim – liderem zespołu Coma. Pomyślałem sobie, że dam temu albumowi szansę. Choćby z powodu jednego utworu. Czy było warto?

Nie jestem religijny, więc Modlitwa o Pszczoły na samym wejściu trochę mnie zbiła z pantałyku. A jeśli mam być poważny, utwór ten to takie typowe letnie, polowe muzyczne coś, co ani nie grzeje, ani nie chłodzi. Nie jest najgorzej, bo refren jest w stanie zostać na trochę w głowie, choć nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Po dłuższym odsłuchu ten utwór jest po prostu irytujący. Tekstowo mógłby być hymnem organizacji ekologicznych, a muzycznie tłem do pikników nad rzeką.

Niestety, potem jest już tylko gorzej. Bez Ramki mogłoby naprawdę zniknąć z powierzchni ziemi, a ja bym nad tym nie ubolewał. Nie znoszę takich miałkich kompozycji bez żadnego charakteru. Tutaj nawet nie mam po co doszukiwać się czegoś pozytywnego. Kosztowałoby mnie to tyle samo wysiłku, co wysłuchanie tej kompozycji na pełnym skupieniu od początku do końca. Tak też jest z następnym Nie Maluję Się. Tekst jest naprawdę przyjemny i ma w sobie sens, mówi o akceptacji siebie w stanie niegotowości do użytku codziennego, ale ja nie jestem w stanie zaakceptować, że zlewa mi się to wszystko w jedno i już nie wiem tak naprawdę, czego słucham. Tej lekcji Marcelina dla mnie nie przerobiła, bo tak jak było na  debiucie, tak jest i w tym przypadku.

Możesz Zostać jest już deko ciekawsze, bo wzbudza już we mnie jakieś emocje. Jest mniej miałko, a trochę bardziej twardo. I to od razu czuć, gdy się słucha. Podobnie jest z Łap Mnie. Choć w tym przypadku o wiele bardziej intrygujące są zwrotki, aniżeli refren. Szkoda, że nie poprowadzono tego ciut inaczej, bo kompozycja ta ma spory potencjał, tak muzyczny, tekstowy, jak i wokalny. Jeszcze większy potencjał ma następny utwór o ciekawym tytule Xs And Os. Gdy słuchałem go po raz pierwszy przez chwilę (do połowy) pomyślałem sobie, że w końcu coś fajnego, intrygującego, ambitnego, ale później utwór zmienił klimat o sto osiemdziesiąt stopni i moja ekscytacja spadła jak temperatura zimą. To był dla mnie trochę szok termiczny. Na początku jest przyjemne, ciepłe, pachnące lato, a zaraz później  zmienia się ono w mroźną, szarą, śmierdzącą zimę. To dla mnie chyba zbyt wiele. Wolę nie fundować sobie takich rollercoasterów.  Dlatego Nigdy W Zawsze jest miłym odpoczynkiem. To przyjemna, lekka kompozycja i powiedziałbym, że aspirująca do czegoś naprawdę przyzwoitego. Miła niespodzianka.

Jak to jednak w życiu bywa, jak jest fajnie i przyjemnie, to musi się coś spieprzyć, by równowaga została zachowana. I wedle tej zasady pojawiają się Wschody/ Zachody, które wolałbym by zaszły i już więcej nie wschodziły. Jest to dla mnie totalnie nie do słuchania. Tortury w legalnym, muzycznym opakowaniu. Syberserce jest kontynuacją tych tortur. Bardziej tego nie skomentuję, bo nie chcę się powtarzać.

I wtedy wbija piosenka nr 10, która jest strzałem w dziesiątkę – Karmelove. Zakochałem się w tym utworze, gdy go tylko usłyszałem i pomyślałem sobie, że jeśli taki będzie cały krążek, to może będę w stanie polubić muzykę Marceliny. Niestety, jest to po prostu pojedyncze światełko w tunelu ciemności i rozpaczy, oraz jedyna piosenka od Marceliny, którą jestem w stanie komukolwiek szczerze, bez wyrzutów sumienia polecić.

Ostatni utwór na albumie to Znikam. Coś tam miało być fajnego, nawet jestem w stanie zauważyć momenty przebłysku dobrego stylu (szczególnie końcówka jest zaskakująco dobra, może dlatego, że jest to instrumental) , ale niestety całość jest dla mnie mocno nieudolna. Słuchając tego utworu myślałem już tylko o tym, jak dobrze, że ten album dobiega końca. Jeśli czyta mnie tutaj jakiś fan Marceliny, to chcę podkreślić, że naprawdę nie mam nic do niej jako osoby/artystki, bo skoro ciągle nagrywa, to znaczy, że ma swoje grono odbiorców, ale dla mnie jest to produkt tak ciężkostrawny, że muszę po nim zrobić dobry detoks, by wrócić do stanu normalności.

Naprawdę lubię wschody i zachody słońca. Może nieco bardziej zachody. Jednak płyta Wschody/Zachody jest dla mnie nie do słuchania. Uwielbiam Karmelove, widzę dobre momenty w pojedynczych utworach, ale jeśli mam patrzeć całościowo, to w mojej opinii jest to naprawdę słaby album. Teksty są naprawdę w porządku, ale przez muzykę i barwę głosu wokalistki nie jestem w stanie wycisnąć z nich tego, co najlepsze. Chciałbym powiedzieć, że szkoda, ale po pierwszym albumie, który też był dla mnie katorgą, nie jestem mocno zaskoczony, że ten także nie jest dla mnie przyswajalny.

Podsumowanie

Muzyczne symfonie: Karmelove

Liryczne poematy: Łap Mnie, Syberserce

Muzyczne dysharmonie: Bez Ramki, Nie Maluję Się, Wschody/Zachody, Syberserce

Liryczne dramaty: brak

Ogólna ocena albumu: 3,5/10

Reklamy

5 myśli w temacie “Marcelina – Wschody/Zachody [RECENZJA]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s