Bovska – PYSK [RECENZJA]

Wydanie drugiej płyty rok po pierwszej to niezłe ryzyko, choć w zasadzie powinno się opłacać, jeżeli ta pierwsza odniosła sukces albo chociaż zgromadziła przyzwoite grono odbiorców. I trafiła do serialu dużej stacji. I w ogóle cud, miód i cukierki. Takimi właśnie łakociami obtoczyła się Bovska, gdy wydała na świat swój Kaktus. Oczywiście pojawiła się nominacja do Fryderyków. Jedynie nominacja, no ale jednak, prawda? Dla mnie, jak możecie się dowiedzieć z recenzji tego albumu, był to średniak z przekombinowanymi melodiami, męczącym wokalem i ogółem rzecz biorąc nic specjalnego. Parę piosenek było dobrych, pojedynczo każdy utwór brzmiał znośnie, ale całość stanowi papkę dźwięków, na dodatek bez posypki. Dlatego długo zwlekałem, by przesłuchać PYSK, tym bardziej, że wyszedł tak szybko po swoim poprzedniku. Jednak w końcu się do tego przymusiłem, bo w sumie byłem ciekawy, co tam jest; czy nastąpił jakiś rozwój, czy raczej stagnacja i część druga kaktusowych pieśni? Powiem jedno. Za takie dywagacje to powinienem sobie dać porządnie w pysk.

Już na wejściu zostaję zabrany w kosmiczną podróż przez Kosmodrom. Ten numer brzmi, jakby lata 90. istniały na Marsie i tam właśnie osiedliła się Bovska. W ogóle jest tu bardzo ciekawie muzycznie. Mamy śpiew, mamy coś w rodzaju rapowania (choć bliżej tym wyczynom do melorecytacji), przerobione wokale i w ogóle dużo się dzieje. Chwalę sobie mocne wejścia na albumach, a Kosmodrom właśnie takim jest.

Potem, jak często bywa, następuje spadek tempa i lekki Smog, Lastriko. Ze smogiem ten utwór ma tyle wspólnego, że trochę dusi. Tragedii nie ma, poziom skażenia jest niewielki, ale pamiętajmy, że co nieszkodliwe w małych ilościach, tak w dużych może wyrządzić duże szkody, dlatego nie będę tęsknił za tą kompozycją i raczej często się u mnie nie będzie pojawiać. Ciemno jest już bardziej przykuwające uwagę, choć rytmicznie odpowiada swojemu poprzednikowi. Ale prostota tego utworu, a jednocześnie dobry, nieprzekombinowany tekst robią robotę i da się tego słuchać bez kaca.

A teraz przejdę do deseru. Deseru w postaci konstrukcji słabej, błysku szkła. Mowa o tytułowym utworze, który dał mi po pysku za to, że wzbraniałem się tak długo przed przesłuchaniem tej płyty. Refren to niezły zawodnik i porządnie mi się od niego dostało. A że trochę ze mnie masochista, to przy okazji mi się podobało. Zresztą sam utwór też jest o masochizmie. W końcu któż z nas nie lubi siebie oszukiwać i trwać w czymś, co w sumie trwać nie powinno i ma konstrukcję zamku z piasku? Któż z nas nie lubi dostać po mordzie tylko po to, by wcześniej przeżyć coś przyjemnego? Cóż, pewnie znajdą się tacy, co są zdrowi psychicznie, ale ja wierzę w głęboko zakorzenioną toksyczność większości populacji (nie bierzcie tego wywodu na serio, błagam).

Firanka jest zaś krótką, nieco ponad dwuipółminutową kompozycją o tym, że nocą dzieją się często ciekawsze rzeczy niż za dnia, a miłość nabiera wtedy rumieńców i można działać na pełnej baterii. A tak bardziej na poważnie, jest to stonowana, elektroniczna ballada, której się bardzo przyjemnie słucha. W nocy szczególnie przyjemnie.  Po tej zmierzchowej historii mamy Wek, który jest komicznym prztyczkiem w nos wszechogarniającej nas zewsząd kulturze bycia fit, trenerów i trenerek, którzy powinni założyć własne kościoły, a siebie uczynić bóstwami greckimi. Bovska śpiewa, że zerka w dół na bieżnie, która cała płonie, a wyobrażeń i zwidów nie dogoni. Cóż, niektórzy pragną tego za wszelką cenę, ale to też jakiś przejaw masochizmu. Syzyfowej pracy. Ale no przecież: nie ma, że boli!

Cyrk jest lekkim rozczarowaniem, bo wcale nie ma cyrku. Raczej jakieś mierne akrobacje na podwórkowej trampolinie. Wieje trochę nudą. Na szczęście zaraz pojawia się Nie Dzielę Na Dwa. Jest to chyba najbardziej radiowy numer z całego albumu. Refren jest charakterystyczny dla tego, co lubią stacje i masy ludu. I tym razem ja dołączyłbym do tej masy, bo bardzo podoba mi się ta piosenka. Nie jest prostacka i infantylna, a to już dużo. Zresztą, wcale radiowego przeboju z tego nie było, więc mogę siebie tym usprawiedliwić. A tak serio, jest to świetny popowy kawałek i tak powinna brzmieć polska, popowa muzyka. Także brawa dla Bovskiej, że się jej chciało.

Haj to słodka piosenka o miłości, ale z umiarem, tak że słuchacz nie zostanie zabity toną cukru. Można powiedzieć, że to taki cukier w wersji deluxe. Chociaż nie wiem, czy byłbym na haju po tej cukierkowo-elektronicznej trawce. Chyba nie. Dlatego dobrze od czasu do czasu, jak tak słuchamy sobie muzyki, zrobić reset systemu. Albo włączyć Autoreset. Bovska znowu, niczym Schopenhauer, stwierdza, że ma w sobie zapisany jakiś wewnętrzny błąd, przepalony twardy dysk. Oczywiście każdy ma, bo inaczej bylibyśmy chodzącymi ideałami. Dlatego stanowi to o uniwersalności tego utworu. Wszyscy sobie pewnie czasem myślimy, że miło byłoby zrobić reset swojego systemu. I choć moc obliczeniowa mózgu jest porównywalna z komputerami, to niestety, nie jesteśmy maszyną i  nie da się wcisnąć przycisku „resetuj”. Taki ciężki los człowieka.  Cały PYSK idealnie podsumowuje Lubię (ostatni track na płycie to remix Kaktusa z poprzedniego krążka, więc pozwolę sobie go ominąć przy tej recenzji), które jest pozytywnym błyskiem na tle tej dekadenckiej toni. Bo przecież mimo że ten świat jest taki okropny, a ludzie to potwory, to da się to wszystko kochać. Zostaje tylko zaakceptować to, że wszyscy będziemy po kolei wpadać w błoto życia, by potem z niego wyjść na prostą kostkę, a  później znowu zaliczyć bagno. Piękna wizja życia, prawda? Cenię ten utwór za tą prawdziwość, bo muzycznie jest dość przeciętny.

W tej recenzji mocniej skupiłem się na tekstach, aniżeli na muzyce, ale uważam, że ta płyta na to zasługuje. Jest moim zdaniem bardziej wartościowa poetycko aniżeli muzycznie. Bez tekstu te dźwięki tak naprawdę nie mają znaczenia. Jednak, gwoli ścisłości, w porównaniu do Kaktusa, PYSK to wielki krok naprzód i bardzo pozytywne zaskoczenie. Nie ma już monotonii, przepełnienia dźwiękami, a sam głos Bovskiej, którego w dalszym ciągu fanem nie jestem, nie jest już rażący i spełnia swoją rolę w tego typu utworach, jakie są na tym wydawnictwie. Myślę, że kilka piosenek z PYSKU zaliczy wizytę na moich playlistach. Tytułowy utwór z pewnością.

A w tym roku ma się pojawić trzecie wydawnictwo pani Grabowskiej, zatem pozostaje tylko czekać 🙂

Podsumowanie

Muzyczne symfonie: Kosmodrom, Pysk, Wek, Autoreset

Liryczne poematy: Pysk, Wek, Lubię

Muzyczne dysharmonie: Smog, Lastriko

Liryczne dramaty: brak

Ogólna ocena albumu: 7,5/10

Reklamy

12 myśli w temacie “Bovska – PYSK [RECENZJA]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s