Thomas Azier – Rouge [RECENZJA]

Wciąż zaskakuje mnie, jak to jest, że bywa tak, że artyści, którzy tworzą rzeczy oryginalne, ambitne, nie są zauważani przez szerokie grono odbiorców, a ci niewnoszący nic ciekawego do muzycznego świata, z przeciętnymi piosenkami, stają się idolami milionów homo sapiens. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, z czego to wynika (promocja, narodowość, charyzma itd.), co nie zmienia faktu, że czuję przez to nierzadko coś w rodzaju bólu wewnętrznego.

Powyższy wstęp odnosi się dzisiaj w głównej mierze do osoby, z której twórczością poznałem się po raz pierwszy jakieś pół roku temu – Thomasa Aziera. Kimże jest ów człowiek? Jakby nie Spotify, pewnie do dzisiaj bym nie wiedział. Właśnie staje przed wami holenderski wokalista, który podpisał kontrakt z francuską wytwórnią  i w swojej muzyce łączy elektronikę typową dla dzisiejszych (elektronicznych) czasów z nastrojowymi, minimalistycznymi, ale mrocznymi melodiami, które przywodzą na myśl dawne (nieelektroniczne) czasy.   12 maja tego roku wydał swój drugi album Rouge, który, dosłownie, zaczerwienił mnie z zachwytu.

Thomas-Azier-©-Paul-Rousteaud
Fot. aficia

Biorąc pod uwagę zawartość albumu, tytuł jak i okładka (oczywiście czerwona, bo jakżeby inaczej, prosta, ale efektowna w swej prostocie) są w pełni uzasadnione, a zarazem można ów motyw czerwieni interpretować na wiele sposobów. Pierwsze, co nam się zapewne kojarzy z tym kolorem, to serce, a jak serce, to i miłość. No i rzeczywiście, mamy tu sporo miłości, ale takiej nietrywialnej, niepolegającej na tańcu na parkiecie i oddychaniu w rytm muzyki, ale zabarwionej winem (Babylon, Concubine), krwią i bólem (Crucify, Talk To Me). Ale poza czerwienią mamy również utopijne złoto (Gold), oczyszczającą z grzechów wodę (Sandglass), a nawet cud przemienienia wody w wino , ptaki lecące po niebie i cichnące w raju przemijającej miłości (Babylon), motyw żalu do ojca, który można rozumieć dosłownie ale i w kontekście duchowym (Talk To Me), bowiem mam wrażenie, że płyta, choć taka się nie wydaje, to czerpie dużo z motywów religijnych, niewypowiedzianych bezpośrednio w kierunku odbiorcy. Fakt, że Azier tworzył pod francuską flagą, też nie pozostaje bez wydźwięku w muzyce. Już w pierwszym utworze na albumie (Concubine) czuć francuską elegancję, teatralność, jakie płyną w dźwiękach, a w bardziej mainstreamowych numerach, ów teatralność przechodzi w pewnego rodzaju lekkość, która towarzyszy muzyce, nadając jej charakteru indie. Można jednak wyraźnie zauważyć, że Rouge nie jest amerykańskim produktem, co wychodzi w tym przypadku na ogromną zaletę wydawnictwa.

Co mnie także bardzo pozytywnie zaskoczyło, to dobór singli promujących krążek. Obok indie-popowo brzmiejących Gold i Winners, Azier postawił również na moje albumowe faworyty – Talk To Me i Babylon, które nie są tak oczywiste i zawiewają  mroczniejszym klimatem. Do tej czwórki dołożyłbym jeszcze Sandglass, ale wątpię czy będą jeszcze jakiekolwiek single z tej płyty, bo widać, że już nagranie teledysku do Babylon było niskobudżetowym projektem, zapewne na życzenie samego artysty.

I w tym momencie czuję ten dyskomfort, który towarzyszy żalowi, że tak świetna płyta nie odbiła się echem na światowym rynku. Na żywo Thomas radzi sobie genialnie, ma świetną aparycję, tworzy godną uwagi muzykę, a ze względu na nieznane nam, szarej masie, czynniki, jego postać jest znana tylko tym, którzy się do niej dokopią. We Francji i w Belgii oraz Holandii, czyli tam, gdzie album pojawił się w notowaniach, może jeszcze Azier jest kimś znanym, ale jeśli chodzi np. o światek amerykański to jest cienko, o polskim nie wspominając. Z drugiej strony, można zakładać, że jakby Azier stał się bardziej globalny, to i jego muzyka by na tym straciła, bo musiałby uderzać w gusta mas, bo już widać, że np. osobom, które znają Thomasa z jego debiutu (który był raczej stricte electro-popowy), nowa, czerwona odsłona nie do końca się podoba.

PODSUMOWANIE

Muzyczne symfonie: Talk To Me, Sandglass, Babylon

Liryczne poematy: całość stoi na wysokim poziomie pod względem tekstowym

Muzyczne dysharmonie: Berlin (odstaje nieco poziomem od pozostałych, ale to tylko delikatny mankament)

Liryczne dramaty: brak

OGÓLNA OCENA ALBUMU: 9,0/10

 

Reklamy

9 myśli w temacie “Thomas Azier – Rouge [RECENZJA]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s