Czy warto brać udział w konkursach przedmiotowych?

Jak się jest dobrym uczniem, a przynajmniej za takiego postrzegają cię inni, musisz spełniać pewne wymagania. Dobre oceny to za mało, a posłuszne siedzenie na lekcjach nie wystarcza. Jak się jest takim młodym kujonkiem, to trzeba robić coś ponad. Tym czymś ponad są konkursy przedmiotowe (kuratoryjne). Czy bycie laureatem to rzeczywiście synonim sukcesu?

Już w czwartej klasie szkoły podstawowej zostałem wciągnięty do tego hermetycznego środowiska konkursowiczów za sprawą mojej ówczesnej polonistki, która stwierdziła, że zauważa u mnie predyspozycje do języka polskiego i słowa pisanego, a konkurs to szansa na osiągnięcie blichtru i wykorzystanie tych umiejętności. No to zaczęły się pierwsza spotkania przygotowawcze. Było ze mną parę innych osób. Tak naprawdę nie do końca chciałem brać udział w tej szopce, bo nie lubiłem konkurencji. Drażniło mnie takie parcie na sukces. W piątej klasie przeszedłem pierwszy etap, potem drugi. Na trzecim zabrakło mi paru punktów. Uwierzcie mi, byłem na siebie zły. Ale nie dlatego, że nie wygrałem, ale dlatego, że wiedziałem, iż będzie mnie czekał kolejny rok przygotowań. Zacząłem więc się wymigiwać od tych wszystkich spotkań; trochę kręcić, bo męczyło mnie to już najzwyczajniej w świecie. Było to siedzenie w szkole do piętnastej, niekiedy do szesnastej, po parę razy w tygodniu. Na dodatek musiałem mieć dobre oceny z innych przedmiotów. Zjadał mnie stres. I wiecie co? Mimo że niewiele się uczyłem, trzeci etap był tak łatwy, że większość z nas, której udało się na niego dostać, wygrała.

I ta wygrana na chwilę wprawiła mnie w dumę. Wszyscy ci gratulują, jednocześnie  będąc zazdrosnymi. Jak ja wygrałem, było to tak, że jak się wygrało jakiś konkurs, to automatycznie miało się sto procent z całego testu kompetencji szóstoklasisty (teraz jest trochę inaczej, bo np. gdy wygra się polski, to nie pisze się tylko części humanistycznej).

Więc idąc do gimnazjum poszedłem za ciosem i znowu wszedłem w konkursy. Ale… Tym razem nie w jeden, a w cztery. Oprócz polskiego (co było na początku moim naturalnym wyborem) zabrałem się także za biologię, chemię oraz angielski.

Historia jest na tyle długa, że opowiem wam ją w dużym skrócie.

Po pewnym czasie parcie na polski, ze względu na to, że już go wygrałem w podstawówce, zaczęło mi doskwierać. Chciałem się rozwijać już w nieco innym kierunku. Specyfika tego konkursu była też taka, że w sumie opiera się on w większej części na gramatyce. Ja za gramatyką nie przepadam, mimo że ją umiem. Wolę bardziej twórcze podejście do języka. I to z polskim w gimnazjum miałem najwięcej przebojów. W pewnym momencie prowadziłem zimną wojnę z moją polonistką, która jednocześnie jest znajomą mojej mamy, co dodatkowo utrudniało sprawę.

W drugiej klasie gimnazjum udało mi się przejść do drugiego etapu konkursu z języka angielskiego, chemii oraz (co uważałem za wielkie nieszczęście) z języka polskiego. Polski olałem. Nie chciałem go przechodzić. Bardzo skupiłem się na chemii. Był to okres, kiedy byłem tak naprawdę trochę na skraju załamania nerwowego. Ponowne przesiadywanie w szkole niemal codziennie do późna, problemy z innymi przedmiotami i codzienny stres bardzo mnie wykończyły. Co się okazało? Chemii nie przeszedłem, udało mi się zaś dostać na trzeci etap z angielskiego.

Nie wygrałem go. Zabrakło mi pięciu punktów. Przyjąłem to jednak z pokorą. Liczyłem na następny rok.

W tym roku szkolnym znowu startowałem w konkursach. Polski, angielski, chemia, biologia – tak jak poprzednio. Przeszedłem dalej tylko z biologii i chemii. Z chemii znowu się nie udało (ze względu na moje nieco wolniejsze myślenie matematyczne, forma konkursu chyba po prostu mi nie odpowiada). Z biologii zostałem laureatem. Przyłożyłem się. Chciałem to wygrać i mieć spokój, a także udowodnić sobie, że umiem się spiąć, mimo problemów. Jeśli chodzi o polski, polonistka też sobie w końcu odpuściła. Cieszę się z tego powodu. Straciłem serce do tego przedmiotu.

Zanudziłem was moją historią (mocno skróconą), a teraz chcę przejść do tego czy w ogóle warto brać udział w tych konkursach i kto jest najbardziej predestynowany do osiągnięcia w nich sukcesu.

Czerpiąc z własnego doświadczenia powiem tak: jeśli twoim jedynym powodem jest wygrana dla niepisania egzaminu gimnazjalnego – nie warto. Te konkursy (szczególnie w moim województwie lubelskim) daleko wychodzą poza ramy programu gimnazjum czy podstawówki. W pewnym momencie dochodzisz do momentu, gdzie uczysz się, bo coś cię po prostu interesuję, a nie dla samej wygranej.

I tu przechodzimy do kolejnej rzeczy. Możesz uczyć się ile wlezie, ale forma zadań może cię po prostu zmiażdżyć. Nie przechodzisz. Trudno. Nie ma co liczyć też na to, że przerabiając wszystkie książki do gimnazjum uda ci się mieć te wymagane 80% ( 90 % na etapie szkolnym!).

Ja wam powiem, kto zazwyczaj odnosi sukces. Szkolne kujony, które jedyne co robią po szkole, to się uczą i piją hektolitry kawy ( w cięższych przypadkach w ogóle nic nie piją, tylko są nastawieni na tryb zombie), by móc wysiedzieć do trzeciej rano oraz osoby, które mają trochę oleju w głowie i towarzyszy im łut szczęścia. Ja należę do tej drugiej grupy.

Ale prawda jest taka, że łatwiej mają ci pierwsi. Ja nigdy nie potrafiłem maksymalnie poświęcić się dla nauki. Uważam to też za niezdrowe. Już nieraz próbowałem i za każdym razem ucierpiała na tym moja psychika.

Jeśli masz trochę wolnego czasu i lubisz poszerzać swoją wiedzę, a jednocześnie nie przeszkadza ci harówa, a ludzie stoją u ciebie na drugim miejscu – śmiało, bierz udział w konkursie. Może osiągniesz sukces i będziesz dumą klasy oraz szkoły.

Jeśli jednak wiesz, że nie jesteś wytrzymały psychicznie i ciężko znosisz stres i godzenie obowiązków szkolnych, to sobie odpuść. Można być mądrym bez konkursów. I można być o wiele bardziej szczęśliwszym.


Zachęcam wszystkich, którzy chodzą do szkół i mieli styczność z konkursami do wyrażania swoich opinii. W różnych województwach wygląda to z goła inaczej, więc chętnie dowiem się czegoś w tym temacie od innych 🙂

Reklamy

3 myśli na temat “Czy warto brać udział w konkursach przedmiotowych?

  1. W podstawówce i w gimnazjum brałam udział w wielu konkursach. Pamiętam jeden o ptakach, w którym na 56 osób, zajęłam 7 miejsce, a to był szczebel powiatowy bodajże. Potem były ortograficzne, matematyczne, historyczne. Zawsze miło wspominam przygotowania i warto brać udział w konkursach!

    Polubione przez 1 osoba

  2. Oj… Ja też nigdy nie miałam w sobie wystarczająco samodyscypliny by siedzieć i szczerze się przygotowywać do takich konkursów- dlatego zwykle kończyłam z wyróżnieniem, bo sporo wiedziałam z samej pasji, natomiast nigdy nie byłam laureatem żadenj większej olimpiady 🙂

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s